„Pewne prawdy o życiu, zwłaszcza o życiu mężczyzny, mówimy prosto w oczy. Nie owijamy tego w jakąś słodką watę, tylko walimy prosto w twarz.”


Piękny poranek Czwartego Muszkietera. Nie pada. To jest ostatni poranek całego wydarzenia. Niedziela rano. Poznał
em już trochę twoją naturę lidera, nie tylko gier i zabaw. Męski, śląski głos, jeden z mocniejszych symboli tego wyjazdu, tym bardziej że z ciebie jest „byk”, „kawał chłopa”. Czy twoim zdaniem taka akcja jak weekend charakteru to także dobra propozycja dla prawdziwych twardzieli, twardych chłopów? Czy znajdą tu miejsce dla siebie?

Myślę, że adresowany jest on do wszystkich, czyli i do twardzieli, i do mięczaków. Pytanie też, co to znaczy „twardy”, czy jest twardy bardziej psychicznie, czy też fizycznie. Człowiek, który jest dobrze przygotowany fizycznie, to ma, powiedzmy, połowę drogi za sobą, ale też nie do końca, bo niespodzianki, które go czekają na drodze, również mogą go zaskoczyć. I mam nadzieję, że zaskakują. Natomiast jeśli chodzi o psychikę, to myślę, że nie ma takich stuprocentowych twardzieli. Po to jest ten weekend charakteru, po to tak się nazywa, że tu się okazuje tak naprawdę, jacy jesteśmy.

Mówiłeś o niespodziankach na drodze. One są fizyczne, są wyzwaniem dla ciała, ale są też niespodzianki mentalne, a jedną z nich na trasie byłeś teraz ty. Możesz podzielić się tym przesłaniem, które miałeś dla chłopaków w tym roku?

Cała koncepcja była oparta na dwóch górach, a dokładniej na górze, dolinie i górze w życiu. Najczęściej tych gór i dolin mamy więcej w życiu. Spotkanie ze mną odbywało się na zamku Bolczów, więc miałem superscenerię, bo ludzie wchodzili do takich starych ruin. Dzieliłem się opowieścią z mojego życia, o sferze zawodowej, o górce, osiągnięciu jakiegoś szczytu w życiu zawodowym, potem dolinie, potem znowu szczycie. Ta pierwsza część mojej wypowiedzi skończyła się tym, że człowiek wspina się na drabinę i gdy jest na ostatnim szczeblu tej drabiny, okazuje się, że ona jest przystawiona do niewłaściwej ściany. I tu pojawia się pytanie: czy tak nie jest też w twoim życiu? Potem druga część opierała się na życiu duchowym, etapach z nim związanych, czyli góra, dolina, góra, dolina. W tej części mówiłem o wartościach, poświęceniu i cenie, że to wejście na drugą górę ma swoją wartość, ma swoją cenę i najczęściej duże wyzwania wymagają solidnego planu, samozaparcia, ale i świadomości, że musisz coś poświęcić. I to już nie jest tylko sama wspinaczka, ale poświęcenie czegoś konkretnego, czasu, energii. Czegoś, co musisz poświęcić.

Człowiek wspina się na drabinę i gdy jest na ostatnim szczeblu tej drabiny, okazuje się, że ona jest przystawiona do niewłaściwej ściany

Potem była trzecia część, w której oparłem się na fragmencie opowieści „Rozwód ostateczny”, gdzie jest mowa o człowieku, który jedzie autobusem, wysiada na przystanku i aby przejść kolejny etap, musi zrzucić jaszczurkę, którą ma na ramieniu. Ale ta jaszczurka cały czas mu szepce, że jest taka dobra dla niego i nigdy go nie skrzywdzi, że zawsze byli razem. Finalne pytanie było o to, co z jaszczurką w twoim życiu, co musisz zrzucić, aby pójść dalej? To pytanie o następny etap twojego życia.


Trochę już wiemy, co dałeś od siebie podczas tej edycji weekendu charakteru. Ja wiem o tym, że to nie było tylko słowo, bo jesteśmy tu razem jako wolontariusze. Dowiedzmy się teraz, co ci daje Muszkieter? Czym się odwdzięcza?     

Muszkieter, ten weekend charakteru, jest nie tylko dla uczestników, ale i dla wolontariuszy. Daje mi bardzo dużo rzeczy. Przede wszystkim takie poczucie braterstwa, misji. Ukazuje takie pytanie, kto kim jest i kto na ile ma takie jakby poczucie misji i działania dla innych ludzi. Czasami ja określam siebie jako „pomagoholika”, czyli jak widzę, że jest miejsce do pomocy, to ja wchodzę w tę sferę. Czasem w drugą stronę muszę działać w moim życiu, że muszę ograniczać to wychodzenie z pomaganiem innym, żeby to udzielanie pomocy nie odbywało się kosztem mojej rodziny, moich bliskich, tylko z tego powodu, że ktoś czegoś potrzebował z boku mnie, jakaś inna osoba z zewnątrz.

Określam siebie jako „pomagoholika”, czyli jak widzę, że jest miejsce do pomocy, to ja wchodzę w tę sferę

Lubię bardzo tę służbę, pomagać innym, być tu z nimi, ale to, co jest najważniejsze tutaj dla mnie, to widok przemiany, mężczyzny, który przyjeżdża tutaj w czwartek wieczorem o 20.44 i jego przemiana w południe w niedzielę – jedna postać, jeden człowiek potrafi cię zmienić. To jest dla mnie niesamowite. Wiadomo, że dalsze tego konsekwencje są później, czyli zmiana musi nastąpić w życiu codziennym, w domu, w środowisku, w którym jest, natomiast tutaj to, że on podejmuje pewne decyzje, że podejmuje wyzwania, łapie klimat zmian w swoim życiu, jest dla mnie niesamowite. To, że w tak krótkim czasie, po tych zmaganiach fizycznych i psychicznych, człowiek postanawia coś zmienić w swoim życiu.

Są różne sytuacje, jesteśmy ludźmi, czasem występują między nami jakieś napięcia. Każdy z nas może mieć jakiś weekend charakteru. Też idziemy na trasę, jesteśmy w różnych sytuacjach, więc niedomagania psychiczne i fizyczne nas również dotyczą. Mamy swój własny weekend charakteru, gdy słuchamy innych mówców czy też innych braci. Człowiek buduje siebie, jest dla siebie. Wchodzisz tu od razu szybko do głębokich rozmów, nie ma tego etapu przejściowego, nie musisz się oswajać ze sobą tydzień, miesiąc, rok. Oswajamy się w dzień, a nawet w godzinę, bo przyjeżdżasz na polanę i rozmowy są od razu bezpośrednie i głębokie.

To, co jeszcze daje mi Muszkieter, to taki brak owijania w bawełnę. Pewne prawdy o życiu, zwłaszcza o życiu mężczyzny, mówimy prosto w oczy. Nie owijamy tego w jakąś słodką watę, tylko walimy prosto w twarz. W jednej z książek, na podstawie której mieliśmy kiedyś cykl wykładów „Kim jesteś, kiedy nikt nie patrzy”, akurat ja miałem wykład o twardej miłości. To mi się właśnie podoba, ta twarda miłość, że ludzie powinni mówić sobie prawdę w oczy, oczywiście w odpowiednich warunkach. Ta prawdziwa informacja jest ważna.

Wciągnąłeś w to syna, czy syn sam się wciągnął, patrząc na ciebie, słuchając twoich opowieści? Jak to się dla niego zaczęło?

Syna zabrałem kiedyś na Royal Rangers, to jest taki skauting chrześcijański. Miał wtedy siedem lat i tam zaczęliśmy chodzić razem. Ale jak już miał dziesięć lat, zobaczyłem, że już zaczynam już mu tam przeszkadzać w tej formacji, więc się wycofałem. Dzisiaj jest drużynowym, ma jakąś tam swoją funkcję. Natomiast jak zacząłem jeździć na Muszkietera, to był jeszcze za mały, ale gdy pojawiła się idea i projekt „Ojciec i syn”, to zacząłem go w to wciągać. Pojawił się naturalnie taki żal u niego, że nie mógł jechać, jak był młodszy. Za każdym razem kiedy wyjeżdżałem, ten żal się pojawiał. Więc kiedy tylko pojawiła się okazja, już w tamtym roku pojechał jako siedemnastolatek ze mną jako opiekunem. Od tamtej pory jeździ regularnie. Jest już trzeci raz na takim Muszkieterze dla dorosłych, na XCC. Ale był też trzy razy jako wolontariusz na „Ojciec i syn” i raz na „Ojciec i córka”. Tak że jest w to mocno zaangażowany.

Czyli ten Muszkieter nie jest tylko dla nas, jest dla naszych relacji, dla naszych rodzin, bliskich. Jak razem przeżywacie, odbieracie tego Muszkietera razem z synem? Czy po powrocie razem dla was coś z tego zostaje? Czy też tylko się indywidualnie wzmacniacie?

Jeżeli chodzi o tę moją relację z synem na Muszkieterze, to w przypadku XCC to jest dopiero początek naszej wspólnej przygody. Jeśli chodzi o akcję „Ojciec i syn”, to nam bardzo dużo dawało, zarówno jak żeśmy sami przychodzili, jak i wtedy, kiedy mogliśmy służyć innym ojcom i synom. To dawało bardzo dużo w naszej relacji. Jeżeli chodzi o XCC, to w poprzedniej edycji on był uczestnikiem, a ja wolontariuszem (on teraz jest pierwszy raz wolontariuszem), więc teraz jesteśmy w trakcie tego przeżywania i zobaczymy, jak to będzie wyglądało.

Przyjemnie jest patrzeć na innych liderów, którzy tu pracują, mają służbę, patrzeć na nich, jak oni wykonują swoje zadania, w jaki sposób się przy tym zmieniają

Czasem jeśli chodzi o tę relację między uczestnikami, też pracujemy w jakimś tempie. Dzisiaj akurat jest nas dużo, bo 25 wolontariuszy, ale zdarzyło się, że taki weekend organizowaliśmy w dwunastu. Wtedy nie ma czasu na jakieś rozmowy, jest czas na szybkie informacje, szybki przebieg wiadomości i cały czas tempo. To też nas w jakiś sposób zmienia, formuje. Przyjemnie jest patrzeć na innych liderów, którzy tu pracują, mają służbę, patrzeć na nich, jak oni wykonują swoje zadania, w jaki sposób się przy tym zmieniają. Jest to wielowarstwowe, wielopoziomowe.

Wiem, że życiowo masz wiele ról i zadań. Jak się odnajdujesz po powrocie, jako człowiek, który nie lubi się nudzić i działa w wielu zadaniowych grupach: zawodowej, misyjnej, rodzinnej?

Mam pracę zawodową, w której się spełniam. Jest wymagająca, ale jest w niej też możliwość pomocy ludziom w wykonywanych zadaniach, pomocy klientom. Jestem doradcą serwisowym, specjalizuję się w napędach hybrydowych od wielu lat, to jest taka moja działka. Jak to życiowo wszystko dzielę? Praca pochłania dużo czasu i czasem mam rozterki z tym związane. Angażuje mnie psychicznie i fizycznie. Zajmuje czas, ale także i mój umysł, moją głowę, pochłania w rzeczywistości, która jest dookoła. Poza Muszkieterem mam z żoną jeszcze taką służbę, którą jest Outback. Są to wyjazdy dla małżeństw, gdzie mam też swoją działkę.

Nie zawsze sobie radzę. Miałem jeszcze jedną służbę, z której zrezygnowałem, zawiesiłem ją dwa lata temu. Ona też pochłaniała dużo czasu w moim życiu. Prowadziłem taką małą wspólnotę chrześcijańską. Było wiele czynników, które wpłynęły na jej zawieszenie. Ogólnie lockdown spowodował zaprzestanie tego. To pozwoliło mi jednak, aby mieć czas na inne rzeczy. Łącząc to z kwestią zawodową, jeżeli pracujesz po osiem–dziesięć godzin dziennie, następnie masz jeszcze jedną służbę, drugą, rodzinę, może okazać się, że nie ogarniasz i dla mnie częścią życia jest, że nie ogarniam, że muszę się co jakiś czas zastanowić nad tym, przystanąć chwilę, zweryfikować to. I właśnie tutaj na Muszkieterze, pomimo tego, że człowiek ma dużo pracy, ta służba jest wymagająca, pochłaniająca czas, umysł, to jest też takie momentem przystanku w życiu. Czyli w tej codziennej gonitwie to napięcie, które tutaj jest, daje dystans do rzeczywistości. Po czymś takim człowiek może się zdystansować, może przystanąć, może zastanowić się nad wieloma rzeczami.

dla mnie częścią życia jest, że nie ogarniam, że muszę się co jakiś czas zastanowić nad tym, przystanąć chwilę, zweryfikować to

Jest parę kwestii: jedzenie, spanie, pogoda. Są rzeczy, które człowiek po takim Muszkieterze docenia, jak chociażby to, że można sobie zrobić dowolny posiłek. To, że może się położyć do swojego łóżka, że może spać w domu. Trzecia rzecz to właśnie pogoda, że gdy pada deszcz tam, gdzie mieszkasz, pracujesz, załatwiasz sprawy, to jest coś innego niż to, że leje na ciebie deszcz przez kilka godzin w górach. Nabierasz dzięki temu dystansu do rzeczywistości i pewne rzeczy cię po prostu nie przejmują.

Wielokrotnie z wypowiedzi uczestników wyłapuję zmianę nastawienia do życia. Niekoniecznie nastawienia duchowego, zmiany związanej z Bogiem, ale zmiany związanej z codziennym życiem. Pewne rzeczy stają się mniej istotne, schodzą na drugi, trzeci plan.

Wróćmy z powrotem w te góry, w których teraz jesteśmy. Przeżyłeś już tu trochę historii, przemówień, ról, w jakich występowałeś. Jakieś szczególne wspomnienie, doznanie głęboko cię trzyma, siedzi w tobie?

Trudno mi teraz policzyć, ile razy byłem, ale myślę, że może być to z 15 razy. Byłem dwa razy jako uczestnik, wtedy było ciężko, ale do zniesienia. Taki prawdziwy weekend charakteru przeżyłem, kiedy był huragan Ksawery, który przechodził przez Karkonosze. Zamykałem wtedy trasę, szedłem na końcu za ostatnią drużyną, która nie była w stanie dojść. Było ogólne zamieszanie, ewakuacja ludzi z trasy, prawdziwa próba charakteru. Idąc na końcu, za ostatnią grupą, poczułem taką bezsilność w stosunku do tej sytuacji, która jest, do warunków pogodowych. W takim momencie, w takiej sytuacji sam bym zwiewał z tej grani, natomiast tutaj była grupa, którą musiałem „zamknąć”, zaopiekować się, a także parę grup po drodze, które były w miejscach, o których wcześniej nie wiedziałem. To było moim stresem – odpowiedzialność za to, co się dzieje. W tym momencie przerosło mnie to trochę, pamiętam, że mocno mnie to uderzyło, do tego stopnia, że potem miałem rok przerwy w Muszkieterze po tej edycji z Ksawerym. Musiałem parę rzeczy przeformatować.

To było wielopoziomowe, pojawiły się żale i pretensje do całej ekipy, że byłem sam z tą grupą jako wolontariusz. Był też żal do siebie samego, że nie widziałem dobrego rozwiązania, nie miałem z czego wybrać, rozwiązać na miejscu. Po prostu nie było dobrej decyzji.


Ale krzyczała w tobie odpowiedzialność za drugiego faceta. To bije z ciebie.

Tak, po pierwsze chcę czuć się dobry w tym, co robię, po drugie chcę brać odpowiedzialność za tych ludzi pomimo tego, że zadaniowo jestem dla nich groźny przynajmniej przez te pierwsze dwa dni. Czuję się za nich odpowiedzialny, za ich bezpieczeństwo, za ich dotarcie do celu.

Tam na tej trasie, zanim ruszyłem w tę drogę, wydawało mi się, że mam dostępne rozwiązania, jakakolwiek sytuacja by nastąpiła. Okazało się, że tam nie było rozwiązania i z tego nauka była dla mnie taka, że są sytuacje w życiu, kiedy nie ma dobrej recepty. Są takie sytuacje, miejsca jak ta na tej grani, gdy bardzo zmęczona grupa przechodzi przez szlak, gdzie najpierw z góry leci deszcz ze śniegiem (temperatura około +2 stopnie), oblepia nas. Gdy przechodzimy przez grań, temperatura spada dużo poniżej zera i to wszystko na nas zamarza. Ci ludzie stanęli w miejscu, bo nie byli w stanie się ruszać, stali jak takie słupy soli. Widzę totalnie zmęczoną grupę oblepioną lodem i mam świadomość, że nie mają jak dojść do końca. To była sytuacja bez rozwiązania dla mnie w tym momencie.

Nauczyło mnie to, że są w życiu takie sytuacje, ale i tak kończą się dobrze. Finalnie wszystko tak właśnie się zakończyło, nikt nie ucierpiał, ale dla wielu to było faktycznie ekstremum.

Tym samym dotarliśmy do słowa „finalnie”. Finalnie prośba do ciebie o krótką odpowiedź na pytanie, dlaczego warto przyjechać na Ekstremalny Weekend Charakteru?

Warto, bo warto! (śmiech) Wiesz co… to zmienia życie. Ten krótki weekend potrafi zmienić twoje życie po prostu albo wpłynąć na ciebie, że ty podejmiesz decyzje o zmianie życia, bo sam weekend ciebie takim nie zrobi. Może natomiast wpłynąć na twoją decyzję, że ty postanowisz to życie zmienić. Nie dostaniesz jakichś supernarzędzi, ale dostaniesz superprzeżycia, takie emocjonalne, które mogą być takim bodźcem, uderzeniem, kopem w dupę, żeby cię wypchnąć do jakiegoś normalnego życia.

Każdy z nas tu walczy z różnymi rzeczami. Przyjeżdżamy tu z różnym rodzajem napięć, magazynem, plecakiem: nałogów, przyzwyczajeń, wielkich grzechów, błędów w swoim życiu, które wszyscy popełniamy. To jest taki moment, kiedy możesz przerwać ten zły cykl, powiedzieć „stop”, powiedzieć „zacznę od nowa”.

Rudawy Janowickie, 15 października 2023 r.

Rozmawiał: Mariusz Walczak
Wsparcie redakcyjne: Marcelina Samek
Zdjęcia: Leszek Kluz
Grafika tytułowa: Ewa Milun-Walczak