„To jest pewien ewenement, bo jest praktycznie ten sam schemat, niewiele różni się kręgosłup, idziemy w tym samym kierunku, ale są inni ludzie, są inne sytuacje, są inne zdarzenia, coś tam lekko zmieniamy i każda edycja okazuje się inna.”

Kojarzę jako uczestnik Weekendu Charakteru taki ostatni etap wyprawy sprzed dwóch lat. Przed bagnem, przed zejściem, przed ostatnią ścieżką – był twój punkt z przemową. Byłem w takim stanie, tak podirytowany całym dniem, że nie chciało mi się ciebie słuchać. Oparłem się o ten most, gdzie ostrzegałeś, żeby się za mocno nie wychylić, i zaczęła się twoja mocna, życiowa historia. Pół roku później znów jako uczestnik, tym razem wiosennej edycji, spotkałem się z tobą i kolejną historią przy starym cmentarzu niemieckim. Mam po tych doświadczeniach taką refleksję, że z dotychczas poznanych rozmówców wchodzisz w takie najgłębsze, najmroczniejsze rewiry. Z tego, co słyszałem, dzisiaj też drążyłeś głęboko, masz odwagę wchodzenia na trudny grunt, wskazujesz na przykłady, konkretne doświadczenia. Zawsze tak było czy przełamanie jakichś wewnętrznych oporów nastąpiło w konkretnym momencie?
Jest to pewien proces, który wymaga czasu. W podstawówce – daleko się przeniosę w przeszłość – byłem osobą bardzo wycofaną, wręcz „dajcie wy mi święty spokój, ja chcę być z tyłu, najlepiej, gdybym nic nie musiał robić”. Potem, kiedy się nawróciłem, przyjąłem Jezusa Chrystusa jako swojego Zbawiciela, przeprowadziłem różne szkolenia „sprzedaży”, to uświadomiłem sobie, że ja wyznawałem Jezusa Chrystusa Zbawiciela, ale się Go wstydzę. Po prostu się wstydzę. Miałem taką sytuację, że kiedyś na naszym rejonie naklejało się takie „rybki” na samochód. Kupiłem sobie nowego Poloneza w roku 1996, nakleiłem „rybkę” i taki zadowolony, dumny z siebie jadę do pracy. Przyjeżdżam, koledzy przychodzą, oglądają, no i pytają się: „Co to jest?”. A ja: „Hm… to taki znak chrześcijaństwa”. Śmiali się: „A co ty, na ryby chodzisz?”.
Mówiąc, dzieląc się tymi doświadczeniami, daję coś innym, ale sam też uwalniam siebie od ciemności
Jak naklejałem ten znak, to byłem taki dumny, że jestem chrześcijaninem. A po spotkaniu z tymi kolegami wracałem, płacząc i mówiąc: „Panie Jezu, przepraszam, że się Ciebie wstydzę”. Potem był proces bycia w chrześcijaństwie, aż w pewnym momencie trafiłem do Muszkietera, który też bardzo mi się spodobał. Ale uświadomiłem sobie, że przez jakiś czas tego także się wstydziłem i nie potrafiłem o nim mówić innym ludziom. Albo jak już mówiłem, to też w stylu: to takie chrześcijańskie. Nagle coś mnie ruszyło, uzmysłowiłem sobie, że mam wspaniały dar w postaci służby muszkieterowej, gdzie możemy pokazywać ludziom to światło, wyciągać ich z tej ciemności. Zadawałem sobie pytanie: czego właściwie się wstydzę? Ludzie nie wstydzą się pokazywać pierdół i głupot, a ja mam się wstydzić Pana Jezusa? No i to mnie uwolniło. Jeszcze najlepsze jest to, że mówiąc, dzieląc się tymi doświadczeniami, daję coś innym, ale sam też uwalniam siebie od ciemności. Światło wchodzi w moje serce, w mój umysł. Uwielbiam przyjeżdżać na Muszkietera, oczyszcza mnie on i uwalnia.

Co w tym Muszkieterze jest takiego, że jak powiedziałeś – oczyszcza, że uwalnia? Co jest największą siłą tego wydarzenia dla faceta?
(westchnienie) Co jest największą siłą? Byłem cztery razy jako uczestnik. Po trzech edycjach powiedziałem, że nie jestem masochistą i już mam dość. Modliłem się – co mam z tym zrobić. No i Pan Bóg sprawił, że zostałem wolontariuszem. To też była ciekawa sytuacja, bo po trzeciej edycji zastanawiałem się, czy w ogóle jechać, czy to jest moje miejsce? Nagle jeden kolega dzwoni: „To co, jedziemy jako wolontariusze?”. Ja mówię: „Wiesz co, no nie wiem, nie jestem pewien”. Ale za chwilę zadzwonił drugi i miałem wtedy potwierdzenie, że Pan Bóg już mi wskazał, że to jest moje miejsce.
Ale co jest siłą? Siłą jest braterstwo, że przyjeżdżamy z różnych kościołów, z różnych społeczności, wierzący. Mieliśmy też przypadki osób niewierzących, którzy nam służyli, ale to kompletnie nie ma znaczenia, bo mamy fajne narzędzie, czyli Czwartego Muszkietera. Możemy dzielić się z innymi tym światłem, tą dobrą nowiną, że Jezus Chrystus jest królem, że Jezus Chrystus jest panem i w nim mamy życie wieczne.
Siłą jest braterstwo
Wiem, że dla niektórych ludzi to się wydaje śmieszne – dla mnie kiedyś też Pan Bóg w ogóle nie miał znaczenia. Po prostu taka religia, takie sztuczne chodzenie do kościoła, takie na siłę. Ale teraz nie mówię o religii, mówię o żywej obecności każdego z nas z Jezusem Chrystusem. To, co nawet dzisiaj miałem na tym punkcie, powiem szczerze, że świetnie się tam bawiłem, mimo że mówiliśmy o trudnych sprawach. Widziałem oczyszczenie mojego serca, mojego umysłu z tej całej ciemności. To światło wchodziło we mnie i dla takich chwil warto żyć. To jest bezcenne. I może takie rzeczy zdarzają się też w innych miejscach, ale na Muszkieterze to się udaje częściej.
Z tych wyjazdów które były, któraś wypowiedź, przesłanie, jest dla ciebie najmocniejsze? Czy też każde z nich, które szykujesz, którym się dzielisz, jest tu i teraz dla ciebie i tych ludzi najbardziej znaczące?
Byłem na wielu edycjach, bo już od samego początku. Od ośmiu lat jeżdżę na Muszkietera, na początku jako uczestnik, potem jako wolontariusz, potem jeszcze jako wolontariusz na Ojciec, Syn i Ojciec, Córka i muszę powiedzieć, że każdy weekend jest inny. To jest pewien ewenement, bo jest praktycznie ten sam schemat, niewiele różni się kręgosłup, idziemy w tym samym kierunku, ale są inni ludzie, są inne sytuacje, są inne zdarzenia, coś tam lekko zmieniamy i każda edycja okazuje się inna.
Na obecnej to światło, że Jezus Chrystus jest tym światłem, które wchodzi w ciemność i nie ma ciemności, nie ma strachu przed śmiercią, nie ma strachu przed jakimiś problemami. Teraz może się tym jaram po prostu i mówię: „Wow, Panie Boże, jak ty wchodziłeś w te ciemne zaułki tych facetów, jak oni widzą, że jest nadzieja dla nich”. Ta ciemność, kiedy byli w tym tunelu, która otaczała ich i było tam niefajnie, śmierdząco, tłusto, czuć było ropę z tego sprzętu naprawczego, który tam był, i właśnie dzięki światłu można było z tego wyjść, przejść taki tunel. Podobnie jest w naszym życiu, też niezależnie, w jakiej ciemności jesteśmy, jak wpuścimy Jezusa Chrystusa do tego mroku, to po prostu jesteśmy wolni.

Każda edycja jest inna, w każdej z nich czegoś innego doświadczałem. Chociaż jeszcze jedna mi się wryła. Byłem odpowiedzialny jako wolontariusz za cały obóz. Wszyscy mówili: „Tak, to właściwa osoba na właściwym miejscu” i czułem się jak Jezus Chrystus wjeżdżający na osiołku do Jerozolimy. Po prostu rzucano przede mną palmy i można było powiedzieć: „Tak, to jest to, niech on będzie”. Minęło parę dni, sytuacja się pozmieniała, parę chłopaków zmieniło nastawienie, bo kazałem im nosić drzewo. Zmęczyli się, spocili i już padały, delikatnie mówiąc, od wolontariuszy hasła typu: „Kto to wymyślił?”. Pomyślałem sobie wtedy, przytoczyłem hasło „Ukrzyżuj go, ukrzyżujcie go, na krzyż z nim”. Zostałem sam i najlepsze było to, że oni mnie zostawili, ja zostałem w lesie, z frustracji naznosiłem tyle drzewa, że oni w piątkę tyle nie nanieśli. Czułem takie zgorzknienie, żal, pretensje i mówię: „Panie Boże, wkładam serce, dużo energii, pieniądze, spałem cztery godziny dziennie, żeby wszystko tutaj zagrało, a ktoś mnie tak potraktował”. Ale usłyszałem głos „Przebacz im”. I miałem do wyboru albo przebaczyć, albo trzymać to zgorzknienie. Powiedziałem „przebaczam” i od razu wszystko zeszło. Dalej jesteśmy w służbie, nie mamy do siebie pretensji i to jest piękne. To kolejna rzecz, która po ludzku „rozwala system”.
Dobra wprawka przed treningiem triathlonowym, który uprawiasz?
Triathlon to w ogóle jest ciekawa historia. Nigdy nie uprawiałem sportu zawodowo, ale zawsze się ruszałem. To grałem w piłkę, to dzięki córce zacząłem chodzić na krav magę. „Tatuś, ja bym chciała chodzić na krav magę”. Myślę: co to moje dziecko sobie wymarzyło. A że kocham swoją córkę, mówię: „Dobra, pójdę z tobą”. Jeszcze zabraliśmy szwagierki córkę i tak przychodzę na pierwsze zajęcia. Trener mnie zobaczył z dwiema dziewczynami i mówi: „Ale wie pan, że to nie jest balet?”. „Tak, wiem”. I zaczęliśmy chodzić, mojej córce i mnie się spodobało. Ona była jeszcze w okresie takiego buntu i mówi: „Tata, traktuj mnie jak mężczyznę”. Kopaliśmy w takie poduchy, które trzymał przeciwnik. Na początku wstrzymywałem się z tym kopnięciem, aż raz tak jakoś mi noga poleciała, moja córka poleciała z tą poduchą, trener się patrzy i myśli, co tu się dzieje. Ale to też było dla mojej córki doświadczenie, że mężczyzna jest silniejszy, że mimo tego, że kobiety chcą teraz przejąć władzę i chcą być jak faceci, nie mają naturalnie tej siły. To było dla mnie i dla niej ważne doświadczenie.
małżeństwo było dla mnie ważniejsze,
chciałem pracować nad sobą
Kolejny krok – pojawiła się następna sytuacja. Chodziłem na krav magę dwa razy w tygodniu, ale u nas pojawił się taki program „Radość z uzdrowienia”. To jest roczny, bardzo fajny program: głęboki, oczyszczający, trzeba włożyć w niego dużo pracy. Tymczasem jeden dzień, kiedy ja miałem własne treningi, miał mi odpaść właśnie z uwagi na czasową kolizję. Wtedy mówię: „Panie Boże, chciałbym jeszcze coś uprawiać, ale nie wiem za bardzo co”. Tu mi jeden trening odpadnie, a wiedziałem, że chcę iść na program, bo małżeństwo było dla mnie ważniejsze, chciałem pracować nad sobą. Nagle nasz trener zaczął nas zachęcać do biegania, żeby przebiec Parkrun, czyli 5 kilometrów. A ja od 20 lat nie biegałem takiego dystansu. Nie wiedziałem, czy teraz w ogóle to przebiegnę. I dokładnie w 2016 roku, w Wigilię o 9 rano, rozpoczynam bieganie pierwszego Parkrunu i przebiegam 5 kilometrów z kolegą, pytając się co kilometr, czy daleko jeszcze. Zrobiłem to w niecałe 28 minut, więc czas nienajlepszy, ale dałem radę. No i tak zaczęła się moja nowa przygoda z bieganiem.

Rozbiegałem się. Potem zacząłem regularnie trenować, biegać maratony. Przebiegłem cztery, jak przystało na Muszkietera, bo stwierdziłem, że skoro Czwarty Muszkieter, to przebiegnę właśnie cztery maratony. Dwa wiosenne poszły mi super, na jesiennych doświadczyłem „bomby”, doświadczyłem biegunki, więc była to lekcja pokory. To był też taki bardzo mocny czas pychy, że już jestem takim bardzo dobrym maratończykiem, a tutaj jednak wyszło, że nie do końca.
Następny etap – kolejna sytuacja. Mój kolega, też Muszkieter, zachęcił mnie: „A może poszedłbyś ze mną na pływanie?”. Pojechałem z nim nad takie jeziorko, gdzie na drugi brzeg było 450 metrów. On mówi do mnie, że będziemy płynąć tam i z powrotem. Spojrzałem na ten drugi brzeg i pomyślałem, że jest strasznie daleko. Z nami była jeszcze trenerka, którą zapytałem, czy ja mam pływać. Ona mówi do mnie: „Pokaż, jak pływasz”. Przepłynąłem kawałek, a ona do mnie: „Wiesz co, ty tu płyń wzdłuż brzegu”. Okazało się, że moja technika pływacka wymaga doskonalenia. Zrezygnowany stwierdziłem, że to nie jest moja bajka, jeszcze raz pojawiłem się na takim treningu, ale powiedziałem po nim, że to nie to. Ale później ta sytuacja nie chciała mnie opuścić i podjąłem decyzję, że nauczę się pływać, a także zacznę jeździć na rowerze.
Czy każdy może zrobić Muszkietera? Może. Czy każdy może zrobić triathlon? Ja nie jeździłem na rowerze 20 lat. A teraz pożyczyłem od szwagra 20-letnią kolarkę i jak na nią siadłem, to byłem przekonany, że się zabiję. Kiedy wchodziłem w pierwszy zakręt, to się śmiałem, że ślimaki będą wołały: „Przyśpiesz, bo cię wyprzedzamy”. Byłem przerażony, myślałem: co ja zrobiłem? Zapisałem się na triathlonową 1/8. Pływać? W życiu nie przepłynąłem takiego dystansu na wodach otwartych. Na rowerze nie przejechałem prawie 23 kilometrów. Przebiec? Tutaj akurat pięć kilometrów już przebiegłem, byłem przecież po kilku maratonach.
Bezcenne było to, że ja wyprzedziłem na tym wysłużonym rowerze wiele nowoczesnych maszyn, za ładnych kilka tysięcy złotych
Decyzja zapadła, podejmuję to wyzwanie, niezależnie, jak ciężko będzie. W ramach przygotowań uczyłem się pływać z dzieciakami mniejszymi ode mnie, z mniejszą siłą. Oni mnie wyprzedzali, byłem tak sfrustrowany. Co tu się wyrabia? Mam silniejsze nogi, jestem większy, a tymczasem ja stoję w miejscu, a oni pyk, pyk, pyk, przepływają przede mną. Ale w pływaniu liczy się technika, nie siła. Oni tę technikę mieli, ja nie. Robiłem wszystko siłowo. To było jeszcze w czasie pandemii, udało mi się wtedy z sukcesem przejść ten proces pokory. Podobny zachodzi też na Weekendzie Charakteru. Wydaje nam się, że jesteśmy wytrenowani, a nagle przychodzi taka chwila, że musimy z pokorą sobie uświadomić: ups, ja tu mam problemy emocjonalne czy fizyczne, różne. I tak samo właśnie tam z pokorą ćwiczyłem, z młodzieżą, z dzieciakami, bo nie mogłem być w grupie dorosłych. Oni by mnie po prostu po pierwsze zniechęcili, po drugie mogliby mi nawet zrobić krzywdę. Jak to trenerka powiedziała: „To są wariaty”. W pozytywnym znaczeniu. I już zamykając tę opowieść o mojej przygodzie z triathlonem – rozpoczynam 1/8, to jest 475 metrów pływania, 22,5 km rowerem i 5 km biegania, wchodzę do tej wody i powiem wam – to jest rzeź. Kilkuset facetów i kobiet naraz, płyną jak wyskakujące rybki, jeden na drugiego. Jak za wolno płyniesz, to po tobie przepływają. Po stu metrach niewiele widziałem, nie umiałem wyrównać oddechu. Mimo że zacząłem wolno, dawałem radę. Gdy mój kolega zrezygnował, wezwał motorówkę, skończył bardzo szybko.
Mnie ratowało to, że goniłem innego kolegę Muszkietera. W pewnym momencie zmieniłem kraula na żabkę, potem przy bojce musiałem ratować się pieskiem, bo mnie docisnęli do tej bojki. Mówię: „Panie Boże, ja się tu zaraz utopię”. Potem uspokoiłem tętno, przeszedłem do kraula, widziałem już upragnioną metę. Jaki ja byłem wdzięczny Panu Bogu, że przeżyłem. Mógłbym to porównać też czasami do Muszkietera, do pewnych momentów, a to było tylko 475 metrów w wodzie. No i potem rowerek. Mój 20-letni rower pożyczony od szwagra – ciekawostka – wtedy był warty 500 złotych. Jak go zobaczyła moja trenerka, powiedziała zszokowana: „Ty na tym jedziesz? No OK…”. Jak wprowadzałem go do strefy zmian, to mówili „Ale oldschool”, bo on był cały pordzewiały. To była naprawdę stara, niemiecka kolarka jeszcze z przerzutkami na ramie. Bezcenne było to, że ja wyprzedziłem na tym wysłużonym rowerze wiele nowoczesnych maszyn, za ładnych kilka tysięcy złotych.

A potem wreszcie było bieganie, gdzie też ciekawa rzecz się stała podczas tego zmagania. Dogoniłem tego kolegę Muszkietera, który mnie zachęcił do triathlonu. Na trasie trzeba było tu zrobić biegiem dwa kółka. Powiedziałem sobie: dobra, ja pobiegnę z tobą i pomogę ci zrobić życiówkę, bo ja i tak mam już swoją, to mój pierwszy triathlon, żyję, przeżyłem to. Trenerka jak to zobaczyła, zawołała: „Artur, dlaczego ty to robisz, dlaczego ty z nim biegniesz? To nie twoje tempo”. Faktycznie, straciłem przez to ok. 70 pozycji. Ale mówię jeszcze raz, ja mam już swoją życiówkę, teraz biegnę z kolegą, pomogę mu. Pobiegłem z nim, podciągnąłem go, motywowałem, zachęcałem. On zrobił życiówkę, wbiegł na metę przede mną, czyli według przepisów pokonał mnie. Uścisnęliśmy się po wszystkim z radością, że ja ukończyłem całą trasę, a on zrobił upragnioną życiówkę. I co się dzieje? Trenerka do mnie podchodzi i mówi: „Jesteś świetnym przyjacielem”. Dlaczego? Bo potrafiłem z pokorą oddać kilkadziesiąt miejsc na rzecz kolegi, którego poznałem na „Radości z uzdrowienia”, który też pojechał na Muszkietera, gdzie nasza przyjaźń się rozpoczęła i wciąż trwa. On też przyjął Pana Jezusa i tak w skrócie – to jest piękne. Teraz jestem na takim etapie, że ukończyłem dwa pełne triathlony, dystans królewski w Malborku. Można powiedzieć, że to się robi: one, two, three, four, czyli jeden, dwa, trzy, cztery i gotowe. Czyli 12 godzin, 34 minuty – dystans królewski gotowy.
Czy taka sportowa, czasochłonna pasja to nie jest trochę także ucieczka, wyzwanie dla domu? Jak sobie z tym radzisz, jak układasz grafik tak, aby wszystkie pozostałe tematy, łącznie z relacją domową, były poukładane?
To jest trudne pytanie, bo faktycznie biegając, wytwarzają się endorfiny szczęścia. Podnosi się poziom zadowolenia i to jest uzależniające. Bieganie uzależnia. Ja, dziękować Bogu, muszę nadal zmuszać się do biegania, zmuszać do treningów. Nie biegam dużo, bo rocznie robię tak 700–800 kilometrów. I to naprawdę jest mało jak na biegacza. Mój 60-letni kolega robi 2,5 tysiąca dla porównania. Czy taki trening to ucieczka? Akurat w moim przypadku nie, ja po prostu lubię uprawiać sport. Triathlon mi się podoba, bo są trzy dyscypliny, całe ciało się rozwija. Jeżeli jadę na treningi, to staram się robić to wieczorem. Moja żona akurat jest skowronkiem i wieczorami dosyć wcześnie idzie spać, a ja jestem sową, więc na 20 jadę na trening, wracam 21.30 po pływaniu na przykład. Jeżeli chodzi o bieganie, to staram się to robić w niedzielę rano. Wstaję o 6 rano, biegnę 15 kilometrów, potem jadę morsować, po czym jadę do społeczności, do naszego kościoła, żeby spędzić też czas z Bogiem. Jestem wypoczęty, zregenerowany. Całość jednak wiąże się z tym, że muszę lepiej poukładać sobie czas.
A przecież pewne rzeczy powinienem zrobić
Ale żeby powiedzieć całą prawdę… Moja żona faktycznie czasami czuje, że jest tego za dużo, mimo że jeśli chodzi o treningi, naprawdę nie poświęcam im aż tak dużo czasu. Na rowerze zrobiłem w tym roku 1000 kilometrów. Ci, którzy trenują, robią po 10, 15, 20 tysięcy, więc proporcjonalnie to jest malutko. Trening to jednak jedno, a jeszcze są zawody, gdzie cztery razy w roku wyjeżdżam gdzieś dodatkowo. Plus jeszcze muszkieterowe wyjazdy i robi się tego sporo. Jak jeszcze dodam półmaraton, maraton, to wychodzi niekiedy, że co weekend mnie nie ma, jestem poza domem. A przecież pewne rzeczy powinienem zrobić. Problemem jest u mnie to, że czasami potem nie mam siły i odkładam niektóre rzeczy domowe i to powoduje konflikty. Konflikty z żoną, bo ona chciałaby, żebym coś zrobił, a ja znowu czuję się zmęczony albo mi się nie chce. A zdarza mi się całkiem często, że odkładam te domowe sprawy, co powoduje niekiedy konflikty małżeńskie. Żona jest niezadowolona.

Rozmawiamy, próbujemy razem znaleźć konsensus, żeby obie strony były zadowolone. Myślę, że w miarę się to udaje, ale trzeba mieć świadomość, że jestem jeszcze w komfortowej sytuacji, bo już mam dorosłą, 23-letnią córkę, która jest na studiach za granicą, więc też mam więcej czasu. Szacun, jeżeli ktoś ma mniejsze dzieci i uprawia triathlon. Ja nie wiem, jak to się robi, bo to są aż trzy dyscypliny. To nie jest proste.
Wróćmy na ziemię Muszkietera. Za nami pierwszy, znaczący etap Weekendu Charakteru. Masz, jak widzę i słyszę, poczucie dobrze wykonanej roboty mówcy, z mocnym przekazem powtórzonym osiem razy, bo tyle mamy teraz zespołów. Widać, że temat i jego ciężar był spory. Na twarzach odbiorców dostrzegłeś, że mocno do nich trafiłeś. Jak się po tym czujesz? Z czym po czymś takim wrócisz?
Dla mnie Weekend Charakteru to wydarzenie, po którym dochodzę do siebie tydzień jako wolontariusz. Fizycznie potrzebuję około tygodnia czasu, bo śpię tutaj po cztery–sześć godzin, zależy, jak się uda. Teraz jest nas więcej, więc większe są szanse, że chociaż tej nocy prześpię się dłużej. Poprzednią noc spałem około czterech godzin. Na pewno wrócę wzmocniony duchowo i z większą światłością w moim umyśle, czystszy. Dlaczego?
Przez długi czas wydawało mi się, że jeżeli obejrzę sobie w komputerze coś niefajnego, jakieś nieprzyzwoite sceny, to ja nie krzywdzę tym mojej rodziny. A uświadomiłem sobie, że zabieram tym właśnie to, co jest najcenniejsze. Czyli zabieram tę miłość, którą w tym czasie mógłbym im okazać. Tracę przez to także inne wartości – pieniądze, bo mógłbym w tym czasie zrobić coś innego, dobrego. Kolejna rzecz, czasami są konflikty wynikające właśnie z tego powodu, że zamiast wykonać jakąś czynność w domu, której żona ode mnie oczekuje, to ja marnotrawię ten czas, źle go wykorzystuję.

W ostatnim czasie rzadko wchodziłem, ale zdarzało mi się odwiedzać nieprzyzwoite strony, na jakich już nigdy więcej nie chcę być. Tym właśnie dzieliłem się z zespołami. Po obejrzeniu czegoś takiego czułem do siebie wstręt. Czułem, jakim jestem marnym chrześcijaninem, słabym człowiekiem. Mam piękną, wspaniałą żonę, którą kocham od 27 lat, która jest dla mnie skarbem i oddałbym za nią życie, a tu plugawię swój umysł jakimiś obcymi kobietami. Nigdy nie zdradziłem swojej żony cieleśnie. Ale mnóstwo razy – co sobie uświadamiam – zdradziłem ją w głowie. I to jest okropność, którą jej zrobiłem i na którą ona nie zasługuje. Na pewno nie chcę już tego robić. I z powodu Pana Boga, i z powodu mojej żony, i z powodu siebie. Za dużo czasu zjadła ta szarańcza, za dużo czasu zjadła pornografia. Okazało się, że to nie tylko mój problem, ale jest wielu facetów, którzy są zniewoleni przez to zło w mniejszym lub większym stopniu, w tym także osoby wierzące. Jak widać, sama wiara przed tym nie chroni. Trzeba być strasznie czujnym, żeby ta ciemność znowu nie wkroczyła do naszej głowy i trzeba się przed tym chronić.
Artur, na podsumowanie poproszę cię o zachętę dla tych, którzy mogą tu do nas na Weekend Charakteru w przyszłości trafić. Dlaczego warto dołączyć na to wydarzenie, dlaczego warto na nie przyjechać?
Dlaczego warto? (kilka sekund zadumy) Jeżeli chodzi o mnie, trafiłem w to miejsce pierwszy raz, mimo że nie lubiłem Beskidów, nie lubiłem zimna, plecak miałem ponad 23-kilogramowy przy mojej wadze 65 kilogramów. Zadałem sobie w trakcie to pytanie: dlaczego ja się na to zapisałem? Dlatego że Pan Bóg tak pokierował moje kroki i dzięki temu moje życie się zmieniło. I mogę powiedzieć: wow, jestem wdzięczny Bogu za to, że przyjechałem. A jeszcze osoba, która mnie na to namawiała, nie przyjechała ze mną, bo miała kontuzję kolana. I ten pierwszy raz byłem tutaj sam. Byłem sam z ogromnym ciężarem na plecach, z ogromnym ciężarem grzechu, który nosiłem przez wiele godzin. Zirytowany, sfrustrowany, jeszcze miałem wtedy trudniejszy czas z żoną. Wierzę, że właśnie Muszkieter przyczynił się do uratowania mojego małżeństwa, bo szczerze chciałem coś naprawić.
Dlaczego warto? Przyjedź, zobacz, bo tego nie da się opisać, ja nie potrafię tego opisać. Tu dzieje się tyle wspaniałych rzeczy, że po prostu trzeba przyjechać i tego doświadczyć.
Rudawy Janowickie, 13 października 2023 r.
Rozmawiał: Mariusz Walczak
Wsparcie redakcyjne: Marcelina Samek
Zdjęcia: Leszek Kluz, tytułowe: Zbigniew Dorighi
Grafika tytułowa: Ewa Milun-Walczak